Rower

Posted on Posted in myślę sobie

Trudno. Wiedziałem, że może być ciężko, ale że aż tak? Zaczęło się już w domu przy rejestracji. Błąd serwera 105367875543367…, zaskoczyło za ósmym razem bodaj. Mówię – teraz jeszcze jedną trzeba zrobić, nowe konto stworzyć, bo jak dwa rowery bierzemy, to dwa konta powinny być. Drugiego założyć nijak się już jednak nie dało. Dzwonię po raz pierwszy. Okazuje się, że cztery można wziąć na jedno, nie dociekam, czemu drugiego konta na inne dane nie mogłem założyć, bo mi szkoda czasu i nie chcę mi się też tych słów zużywać, pytań z siebie wyciskać, skupiać się na relacji z panem. Wychodzimy. Stojak jest tuż tuż, zaraz za domem właściwie, czyli pełna wygoda, jakby pod nas stworzone. Magda szczęśliwa. Przy stojaku dwadzieścia osiem razy wpisuje numerki loginy, hasła, karty, spisuje z telefonu, myli mi się, ale tylko trochę. Poszło. Dwa mamy. Magda przeszczęśliwa, wiatr we włosach, uśmiech, radość, krzyczy do mnie z roweru, bo już pędzimy, że uwielbia nowe, ja nowe uwielbiam trochę mniej, bo nowe to zawsze zagrożenie jest sytuacją, do której nie ma kluczy, wariantów, wyjść ewakuacyjnych, opracowanych dróg ucieczkowych, łodzi ratunkowych i całego owego zaplecza, którego dopracowujemy się przez lata ćwiczeń sytuacji już zapoznanych.

Trudno. Jedziemy. Już w czasie jazdy mam to, co zawsze, czyli dlaczego Magdy rower szybszy jest; pytanie mnie świdruje w miarę jak mielę nogami z natężeniem. Ona lekko tylko obraca, właściwie raz na jakiś czas, a ja pompuję, pompuję, pot się perli, włókna w przywodzicielach się rwą, a ona wciąż z przodu.

Trudno. Jedziemy. Już w domu przy tych rejestracjach, albo podczas dyskusji, w której próbowałem odwieść, choć przecież wiedziałem, że odwieść się nie da, bo jeszcze nigdy się nie dało, zaświtała mi myśl, główne zagrożenie – zobaczyłem oczyma wyobraźni, że na miejscu zajęte będą wszystkie stojaki, bo tam impreza masowa i się zjadą i co wtedy. Trudno. Jedziemy. Dojeżdżamy, pośpiech lekki, pewna nerwowość, bo Magda zaraz pędzi, biegnie bieg masowy kobiet, she runs the night, atmosfera gorączkowego oddawania rowerów. Oczywiście stojaki zgodnie z moim lękiem, trzeźwym oglądem zwanym czarnowidztwem, zajęte po wrąb.

Trudno. Stoimy. Tam wariant jest taki, że jak nie ma miejsc w tych łozach, metalowych zatrzaskach, to się ma rower zapiąć na zapięcie z szyfrem do innego roweru i też dobrze. Doskonale wręcz. Magda odpina swoje zapięcie z szyfrem, przypina rower, ja się zabieram do swojego raz, drugi, piąty, piętnasty, miksuje te cyferki, przekręcam, zakręcam, ustawiam szyfr wedle tego co w esemesie stoi jak wół i… nic.

Trudno. Magda poszła biec już zaraz, się zarejestrować na razie. Ja zostałem. Stoję. Dwa problemy zaczynają doskwierać dodatkowe. Jeden to parcie na pęcherz, drugi to brak fajek, do którego miałem nie dopuścić, bo przecież tak naprawdę wiedziałem, że to musi się tak skończyć, ale zapomniałem. Nie mam. Coraz więcej ludzi dojeżdża, zjeżdża ze wszystkich stron. Przypinają, stojak jak choinka już stoi obwieszony, jak pociąg jakiś w Indiach. Ludzie się tłoczą. Ja dzwonię po raz drugi. Łączy. Wciśnij, czy wyrażasz zgodę, jeśli, wybierz numer, podaj pin, konsultant, język, w końcu pani. Wokół po głowie tłucze muzyka, ludzie tłoczą coraz bardziej, pęcherz puchnie, fajek brak. Pani coś mówi, nic nie słyszę, krzyczę, denerwuję, myślę może pojadę na inny stojak odstawię, ale gdzie te stojaki. W końcu przez mętlik muzyka pęcherz fajki ludzie gorąco policja neony pośpiech słyszę.

Pan przypnie do tamtego, co się otworzyło to zapięcie.

Próbuję, ale jak przypnę, jak on już sam do choinki indyjskiego pociągu przypięty na duś, ostatkiem sił, to jak jeszcze jeden dopnę do tego zapięcia długości sznurowadła w mokasynach. Nie idzie tego przysunąć jeszcze do tego nijak.

Trudno. Robi się naprawdę źle. Kolejka do tojtoja nieopodal sięga zenitu, nie ma szans, nie ma fajek. Dzwonię po raz trzeci. I znów; naciśnij, wybierz temat, jest nagrywana, jeśli… W końcu pani inna. Pan wypożyczy kolejny rower taki z obejmy, ten pan wstawi tam a tamten pan zapnie na zapięcie co szyfr jest. Przepycham się, ktoś szału dostał, bo ma biec a sterczy przy panelu od pół godziny, system czwarty raz się restartuje. Wypożyczam między spoconą panią w okularach a panem czerwonym z wściekłości. Wyciągam, szybko wciskam tamten, żeby ktoś nie wcisnął mi bo wszyscy czatują żeby wcisnąć gdzieś coś. Ten mi się przewraca na nogi, tamten się nie zapiął, cisnę, nie wchodzi, wracam biegiem z tym co się przewrócił lecę do panelu, żeby oddać tamten to może wtedy zaskoczy, a tego żeby nie ukradli też tymczasem.

Trudno. Pęcherz mam już na wysokości ucha środkowego, wybałuszyło mnie, jarać się chce tak, że nie mogę myśleć już, patrzę po ludziach, lekka panika, może ktoś poczęstuje, ale pęcherza mi to nie rozwiąże. Przy panelu. Podaj numer telefonu, wciśnij pin, zły pin, jak zły, a bo po potem drugi dosłali, zacznij jeszcze raz, pin, numer, telefon, numer roweru, numer zapięcia, ale którego roweru do którego zapięcia, który pin, która godzina, telefon zabrała Magda, ale bateria jej padła, nie ma łączności, są dwa rowery, tłum ludzi, pinów, zapięć, pełny pęcherz, brak fajek, muzyka tłucze w łeb jak pompką od roweru.

Trudno. Dzwonię. Nie łączy, bo dzwoni obok mnie dwieście tysięcy ludzi. Nie ma jak wejść do internetu, nie ma jak cokolwiek. Lecę wepchnąć ten rower z powrotem a zabrać tamten, bo się okazało, że nie mam go w ogóle wśród wypożyczeń, czyli nie mogę go oddać bo jak, zniknął, zaraz mnie obciążą, kary, mandaty, kolegia, policja, mocz prze potworny. Tamten tymczasem się zatrzasnął, zostałem z tym. Mówię, nie dam rady, muszę pędem na tym w krzaki, bo inaczej pompa pójdzie na nogi zaraz. Wsiadam. Nie jedzie. Łańcuch spadnięty, hamulec urwany, przerzutka ukradziona. Rozpacz. Prowadzę rower za sobą ciągnę w krzaki wpadam, tam już z osiem osób, w kucki i na stojąco, wszyscy. Dwieście tysięcy ludzi jeden tojtoj, musiało tak się skończyć.

Trudno. Sikamy razem. Lekko mnie puszcza, byłem bliski obłędu, prawie już z rowerem, pinem i zapięciem wylądowałem w zakładzie opieki. Jestem na tyle daleko, że sieć się uruchomiła, dzwonię, pani, inna albo ta sama, nie wiem, krzyczę, że to jest jak z Misia albo cholera wie co, ona że spokojnie, pan podejdzie, poda numer roweru, ja podam szyfr do zapięcia, pan przypnie tamten do tego ten do tamtego.

Trudno. Idę dwieście metrów ciągnę z tym rowerem, co go formalnie nie mam zamiast tamtego co go mam, ona na linii cały czas, już jej znów nie słyszę, bo muzyka w łeb pompką mnie. Odpinam, nie da się, nie ma jak, gęstwina stali, ludzi, szprych, muzyki pompką od roweru, zapinam następny, ona na linii chyba, albo to moje myśli już słyszę zamiast, przy czwartym najwyższym wysiłkiem woli zapinam ten o szprychę tamtego co wcześniej pin zapięcie login hasło telefon numer roweru numer klienta tojtoj wciśnij trzy rozmowa nagrywana system restart…

Trudno. Fajki na Bliskiej, pierwszy mach, ulga, spokój. Przede wszystkim nie ma już cholernego roweru. Naprawdę mam pewną niechęć do nowych rzeczy, może to coś z pęcherzem jest, albo z tymi fajkami, sam nie wiem.

Tekst: Igor Brejdygant
Foto: Aga Silska

3 thoughts on “Rower

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *