Pudełeczko

Posted on Posted in myślę sobie

Granica światów, kontynentów, religii, cywilizacji, światopoglądów, granica między czarnym a białym. Po jednej stronie egipska Taba, po drugiej izraelski Ejlat, w dole Morze Czerwone, aż strach pomyśleć, że w tym samym morzu kąpią się Żydzi i Arabowie, judaiści i islamiści. Czy to w ogóle dopuszczalne, czy ktoś kiedyś się nad tym zastanawiał?

Piękne lutowe wakacje.
W Warszawie minus dwanaście, albo gorzej nawet, plus dwa, błoto pośniegowe, białe zacieki na butach, wilgoć, grypa, chmury nad głową od miesiąca wiszą w bezruchu,
a tutaj tak pięknie, lekko burzowo chwilami, ale to dodaje sprawie jedynie kolorytu, plus dwadzieścia i pięć, słońce, temperatura wody orzeźwiająca, palmy, oaza, hotel
z najlepszym jedzeniem kiedykolwiek, trochę Rosjan, trochę naszych, ale idzie wytrzymać, słowem raj nieomal.

Jesteśmy wprawdzie na ledwie tydzień, jednak plaża, basen, all inclusive, klima, hummus i warzywa z grilla w pewnym momencie okazują się nie dość. Właściwie nie dość po raz pierwszy okazują się bodaj drugiego dnia już, więc rano śniadanie, pływanie, aerobik, bule i ruszamy.

Do granicy z hotelu może 200 metrów, po drodze któryś z turbanowców pokazuje mi w charakterystycznym dla tego kręgu kulturowego geście, że nosi się z zamiarem poderżnięcia mi gardła, inni mówią jakieś słowa, które prawdopodobnie są powszechnie uważane za obelżywe. Nie wiem, uśmiecham się i tylko temu od gardła pokazuję w geście charakterystycznym dla mojego kręgu kulturowego uniesiony w górę palec, którym sugeruję mu analną samopenetrację.

Ogólnie miło, przy granicy trochę cementowych zapór przeciwczołgowych rzuconych jednak bez ładu i składu, niedbale, tak jakby ktoś zapomniał w trakcie, po co je tu właściwie przywiózł. Dodatkowo, w miarę zbliżania się do najbardziej wrogiego z możliwych światów, na ławkach drzemie coraz więcej mężczyzn z wąsem w czarnych swetrach, w beretach i z rozłożonymi niewinnie na kolanach karabinami AK 47, które pamiętają chyba jeszcze wojnę siedmiodniową, a może nawet Stalingrad. Nie mam przy tym wrażenia, żeby ci mężczyźni w swetrach i z wąsem, w razie zaistnienia okoliczności militarnych, zechcieli pozostać na stanowiskach, które obsadzają. Bardziej widzę ich przy sziszy i słodkiej herbacie podawanej w maleńkich szklaneczkach w jakimś cichym zakątku, daleko za linią frontu.

Moje kobiety blond piękne wzbudzają, rzecz jasna, żywe zainteresowanie, ale wszystko mieści się na razie w ramach nagiętego z lekka kodeksu Boziewicza, chyba że czegoś nie rozumiem, ale to pewnie i nawet lepiej dla mnie.

Na granicy trochę nie wiadomo dokąd iść i co zrobić, ale z czasem się wyjaśnia.

Najpierw idzie się do przodu, tam karteczka zielona czy niebieska, raczej zielona bo to kolor nadziei (na co?), potem idzie się do tyłu do pomieszczenia, w którym na okrągło leci egipskie M jak Miłość i w którym siedzi pan z większym nieco wąsem, którego nazwiemy z czasem „generałem”, bo ma dużo różnych wzorków na pagonach swojego czarnego swetra.Pan generał stempluje przeważnie nie patrząc co ani komu, bo akcja serialowa toczy się wartko. Na koniec znów do przodu, gdzie już byliśmy, tamten nie zerka już nawet, macha ręką, przechodzimy. Dalej kilkadziesiąt metrów nie wiadomo czyich, może ONZtu albo wspólnych, grunt jednak jakby gorący potencjalnym rozwojem wypadków.

Dochodzimy do szyby pancernej z panią ładną za. Pani bacznie się przygląda, paszporty, jakieś pytanie, coś przez radio do kogoś, otwiera pancerne oddźwia, wchodzimy.
Tam już panowie, przystojni, wysocy, lekko ubrani bez swetrów, za to z bliznami to tu to tam, ogólnie dużo lepiej obsadzeni do roli w filmie pod tytułem wojna. Ani miło ani nie miło, chłodno, rzeczowo, przechodzimy dalej, znów paszporty kolejna ładna pani, krótka rozmowa acz chyba ważna, szumi klima.

Jesteśmy rodzinnie, trzy piękne blondynki i ja szczupły o miłej powierzchowności.
Pani oddaje paszporty, wchodzimy z Afryki do Azji.

Po drugiej stronie znów panowie uśmiechnięci z bliznami, tu króluje M16 karabin, jak wiadomo gorszy od AK47, ale w rękach tych panów prawdopodobnie jednak znacznie groźniejszy. Ja zachwycony, moje panie trochę nie.

Takich przejść w ciągu kolejnych dni wykonujemy cztery, a licząc z powrotami to już osiem, inaczej być nie może. Za każdym razem czujność tych po stronie azjatyckiej wzrasta i myślę, że zaczynają powoli być przekonani, że liczba naszych powrotów
w końcu z jakiegoś powodu nie zbilansuje się z liczbą wejść.
Tymczasem my podczas jednej z wizyt jedziemy nawet do Ziemi Świętej, w której jest mistycznie i bardzo, bardzo dziwnie, ale to na osobną pozostawiam opowieść.

Ostatnie przejście – wejście jest już natury czysto technicznej. Musimy mianowicie wrócić do Azji na moment zaledwie i po to jedynie, żeby oddać wypożyczony poprzedniego dnia samochód. Nie mogliśmy nim na noc wjechać do Afryki, istnieją bowiem jednak pewne granice w otwartości granic między tymi kontynentami, nawet dla nas polskich europejczyków, którzy mienimy się jako neutralni wobec obu stron, a może nawet pozostający przynajmniej chwilowo z obiema stronami w dobrych stosunkach.

Ostatnie wejście okazuje się niestety naszą zasadniczą pomyłką strategiczną.

Otóż, żeby oddać samochód, udajemy się już tylko we dwójkę, a okazuje się, że o ile trudno o terroryzm podejrzewać rodzinę z dwójką pięknych blond córek, to dwójkę dorosłych, choćby nawet związanych ze sobą więzami małżeńskimi, o terroryzm podejrzewa się już z automatu.
Może to to, a może co innego, w każdym razie od momentu przejścia szklanej szyby azjatyckiej od razu wokół nas robi się gęsto i mało przyjaźnie. Nagle jest więcej panów
z bliznami, a pani dotąd miła staje się konkretna, bardzo rzeczowa i nieco sroga.

Proszę otworzyć plecak.

Otwieram i zastanawiam się, że przecież prześwietlali, a poza tym od razu zachodzę
w głowę, co też mogę w nim mieć, bo oczywiście nie mam bladego pojęcia.
Komora główna plecaka. Jakieś kartki zmacerowane w kulki, połączone z pudrem wynikającym z tabletek, które zmieliły się we wnętrzu sakwy przez lata użytkowania.
Co to za kartki, co to za proszki? Od lat nie używam środków zmieniających świadomość, więc może magnez, może „sesja”, może multiwitamina, ale kto mi teraz zagwarantuje,
że to nie z tego właśnie robi się bomby. Pani widzi proszek i kartki i druciki i skarpetę
i niehigieniczne chustki higieniczne i okruchy z kanapki z jesieni przed czterema laty,
w końcu nagle jak rażona piorunem natrafia, a właściwie oboje natrafiamy, bo ja jakby też pierwszy raz, na przedmiot podłużny, czarny, cylindryczny z gwintem i lampką, diodą małą, słowem natrafiamy wspólnie na zapalnik do broni masowego rażenia, który choć zupełnie to dla pani nieprawdopodobne jest też przy okazji niejako najzwyklejszą baterią do najzwyklejszego e-papierosa. Pani udaje, że daje wiarę, po czym patrzy w oczy, żeby wreszcie po chwili psychologicznej presji trudnej do zniesienia, sięgnąć po dziwne szczoteczki jakby do czyszczenia muszli klozetowych, które ma schowane w pudełku
z kabelkami i czymś co przypomina encefalograf. Pytam co to, żeby jakoś poddzierżyć razgawor, ona nie odpowiada, za to świdruje mnie jeszcze głębiej. Zastanawiam się już nawet, czy tam gdzieś daleko za oczami nie mam czegoś, co mogłoby zostać, nie daj Boże (tylko który) źle przez nią odebrane. Pani pociera szczoteczkami o mieszankę skarpet kartek i pyłu z tabletek, ale nic się nie wydarza, pociera o zapalnik dalej nic, instrumentarium obsługujące szczoteczki milczy jak grób, co mi przynosi ulgę, a ją czyni wyraźnie zawiedzioną. Coś jednak musi być tam głęboko za moimi oczami.

Proszę otworzyć kieszeń.

Otwieram. W kieszeni jest gorzej, bo znowu pył czegoś z czymś, chustki, kartki, długopisy, okruchy i sznurek – może lont, ale dodatkowo, co nawet chyba gorsze o wiele, w kieszeni jest maleńkie pudełeczko w typie na pierścionek, które w środowisku pyłu, skarpet i kartek wydaje się tak bardzo nie a propos, że pani wie już teraz na pewno, że szczoteczki będą potrzebne.

Czy nie posiada pan broni?

Nie.

A czy nie posiada pan czegoś, co mogłoby być bronią?

Patrzę na długopis, patrzę na nią, myślę, że akurat ona tym długopisem mogłaby pozbawić mnie życia zanim zdążyłbym udzielić odpowiedzi na zadane właśnie pytanie.

Dla mnie nie.

Próbuję być inteligentnie dowcipny, ona jednak w stu czterdziestu procentach jest już teraz skupiona na tajemniczym czarnym pudełeczku, które leży jakby nigdy nic między kartkami, okruchami i skarpetą. Kobieta podnosi na moment wzrok, odwraca się za siebie, jeden z tych z bliznami podchodzi bliżej, robi się gorąco pomimo, że już było gorąco, bo Afryka, Azja, na styku jesteśmy w dole morze Czerwone.

Sekundy zmieniają się w minuty, ona sięga po pudełeczko, ja sięgam w odmęty pamięci, co jest w pudełeczku, czyżby izotop promieniotwórczy, osiem gram kokainy, proch strzelniczy, pornografia dziecięca, kody do głowic jądrowych, a może po prostu przemycam kolię.
Nie mam pojęcia, co jest w pudełeczku, a ponieważ ogólnie wychodzę z założenia, że
w każdym pudełeczku może zawsze być wszystko, a z tyłu za mną nie ma krajobrazu, przynajmniej dopóki się nie obrócę, to zaczynam bać się nie na żarty.
Zaniepokojona też wyraźnie jest moja żona, która stoi obok z przeszukaną już na lewą stronę torbą i wie, że gdzie jak gdzie, ale akurat w moim pudełeczku może rzeczywiście być wszystko, albo i jeszcze więcej.

Kobieta patrzy na mnie, jeszcze raz mnie przeszywa, jakby pytała, czy nie wolę przyznać się od razu. Oczywiście że wolę, tylko nie mam pojęcia do czego, bo ani wiem, co w pudełeczku ani co to w ogóle za pudełeczko.
Jej ładnie pomalowane paznokcie podważają tymczasem wieczko, kobieta powoli odchyla mroczną czeluść, mężczyzna z bliznami stoi coraz bardziej jakby co.
W końcu, raz kozie śmierć, otwiera gwałtownym ruchem, czas przyspiesza raptownie, przyspiesza też rytm serc nas wszystkich tam zgromadzonych.

W pudełeczku na granatowym atłasie leży maleńki, biały leciutko przyżółcony tu i ówdzie ząb trzonowy mojej córeczki, z niebieską plombą po środku.

Kobieta patrzy na mnie przez moment jeszcze, a w jej spojrzeniu widzę mieszaninę wyrzutu, całkowitego zdumienia i chyba jednak lęku, bo skoro jest ząb, to przecież na dobrą sprawę mogło tam być wszystko.
Zamyka pudełeczko, odsuwa od siebie plecak z wyraźnym niesmakiem, po czym każe nam po prostu… już sobie pójść.

Kiedy wracaliśmy po pół godzinie z Izraela, arabski „generał – stempel” z obfitym wąsem odwiódł na moment wzrok od egipskiego M jak miłość i na nasz widok zaśmiał się za to krótko i rubasznie.

tekst, foto: Igor Brejdygant

2 thoughts on “Pudełeczko

  1. Mam nadzieję, że pewnego dnia z tych przygód męża Pysznego Życia powstanie fajna wesoła książeczka, mimo krew mrożących momentów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *