Creme de la creme kurortu

Posted on Posted in myślę sobie

Z rowerami to w ogóle coś jest,
w sensie – ja mam.Kiedy indziej to było choć w podobnym składzie, jeszcze się stanem skupienia różniło, bo na wodzie rzecz się rozegrała, co nie zmienia wcale wiele, bo też rower był i sytuacja nam wynikła. Chorwacja 1996 jakoś myślę, tuż po wojnie bałkańskiej albo nawet w trakcie, Rab wyspa, z żoną obecną i ówczesną na pierwsze wspólne wakacje…

Nie przelewało się, oj nie, ale innego było dużo za to wszystkiego, młodości i w ogóle.
Na atrakcje, kolacje i inne było mało, trzeba było operować punktowo, wybierać najlepsze z możliwych opcje, creme de la creme kurortu. Po kilku dniach namysłu i osadzania się
w realiach zdecydowaliśmy się na wycieczkę po pobliskim akwenie rowerem wodnym. Wycieczka miała być połączona z opalaniem i skokami do wody z roweru dla odświeżenia. Wypłynęliśmy, bodaj cztery chorwackie Kuny godzina, dziś mało, wtedy wiele. Na akwenie tuż za bojami dla kąpiących się, na redzie niejako pobliskiej plaży, się zakotwiczyliśmy i wtedy właśnie, a może już chwilę wcześniej moja królowa zwróciła uwagę na majaczącą w oddali wyspę kuszącą kamienistym brzegiem i ledwie ledwie widocznymi zatoczkami z wyrastającymi z nich jak anteny sputników na Marsie masztami jachtów pełnomorskich zgaduję, choć nie znam się na tym ni w ząb. W ogóle, co warto chyba nadmienić w tym miejscu, na wodzie znam się tyle o ile. Jestem zodiakalnym Baranem i jako taki lubię górskie hale, połoniny, centra handlowe, ewentualnie lasy niezbyt gęste, zaś woda jest dla mnie środowiskiem, mówiąc oględnie, obcym. Umiem wprawdzie pływać tyle o ile, miałem nawet niegdyś chyba kartę pływacką, bądź w każdym razie mogłem potencjalnie mieć, ale w wodzie spędzam czas raczej dla odświeżenia i to jedynie wtedy kiedy temperatura powietrza przekracza 30 stopni a temperatura wody mieści się odpowiednio w przedziale stopni 27 do 32. W żadnym innym wypadku nie korzystam, dlatego też między innymi zresztą raczej sporadycznie zapędzam się nad polskie morze. Wracajmy jednak do ad remu. Kiedy próbuję dziś, po upływie wielu lat, przywrócić w pamięci owe momenty poprzedzające mrożące krew w żyłach wydarzenia, muszę skonstatować, że oczywiście wiedziałem, że to pytanie padnie lada moment, że wisi ono w powietrzu od chwili, kiedy Magda spojrzała w ogóle w kierunku dryfujących na wodzie wielokolorowych rowerów i dryfującej o kilometry od nich ponętnie wśród mgieł
i żagli wyspy.

Może byśmy tam popłynęli?

To jest w ogóle bardzo ciekawe, bo przecież jedenaście na dziesięć razy wiem z góry,
o co za chwilę zapyta moja żona. Wiem to z tego choćby powodu, że zawsze rozpatruję głównie najczarniejsze scenariusze, które mogą wykwitnąć nagle z niczego niezwiastujących sytuacji, czarne scenariusze z jasnego nieba, to moja specjalność
i dzięki temu propozycja Magdy z jasnego nieba nigdy jeszcze mnie nie zaskoczyła.
Nigdy mnie nie zaskoczyła, a zarazem nigdy nie udało mi się jeszcze przygotować kontrscenariusza, jakiejś alternatywy, postawić ultimatum, w ogóle czegokolwiek postawić. To znaczy stawiam jakieś płotki, rzucam gałęzie pod nogi rozpędzonego pomysłu małżonki, ale to wszystko jest jedynie po to, by zyskać na czasie, przygotować się do kolejnej próby zmierzenia z mroczną stroną rzeczywistości, z wyzwaniem, które na szali przeważnie stawia wszystko.

Dobra.

W tamtą stronę było nieźle, wręcz doskonale, co bardzo ucieszyło Magdę, bo znowu miała rację, a ja przy całej swej niewiedzy o wodzie, prądach, pływach, wiatrach, flautach
i szkwałach byłem już przecież wtedy świadom, że jeśli w tamtą doskonale,
to z powrotem będzie… niedoskonale. Dopłynęliśmy migiem, tam pół godzinki jedynie, bo jednak te Kuny i to wszystko. Magda uśmiechnięta, ja też no bo jak. W końcu decyzja, wracamy.

Po godzinie od momentu odbicia od kamienistej plaży, po przepedałowaniu trzech górskich odcinków Tour de France byliśmy bliżej od punktu wyjścia, niż w momencie, kiedy odepchnąłem nas od niego siłą mięśni swych. Słowem staliśmy w miejscu bądź gorzej. Rowerek, taki w siłce z telewizorem przed oczami, a w tym telewizorze obraz końca naszych dni. Zmieniłem technikę. Zmiana polegała na tym, że miast jechać
w peletonie naszego Tour de Rab, rozpocząłem finisz ostatniej prostej, przy czym był to zaledwie początek pierwszej prostej. Po dwóch godzinach odpłynęliśmy od brzegu na tyle, że znaleźliśmy się nad tonią i głębiną czarną, niezmierzoną. Zapomniałem dodać,
że tak, jak nie mam zupełnie problemu z mgłą w górach przy minus dwudziestu stopniach i wiejącym wietrze, tak mam ogromny problem z tonią czarną niezmierzoną przy upale,
a to z tej prostej przyczyny, że po pierwsze, nie wiem, ile tam tego jest, a po drugie, nie wiem, co w tym jest. Taka swoista odmiana lęku wysokości, której zupełnie nie odczuwam w górach ani na dachach wieżowców. Baran, jak już wspominałem.

Po trzech godzinach sytuacja zmieniła się niewiele, byliśmy podobnie umiejscowieni na mapie kosmosu, Magda była uśmiechnięta, a ja rozpocząłem agonię. Pewnym dodatkowym utrudnieniem w naszej karkołomnie już trudnej sytuacji był fakt, iż nasz rower do pływania po gliniankach, którym wypłynęliśmy właśnie na szeroki przestwór oceanu zaczął przeciekać, czy może wciekać raczej. Zwał, jak chciał, w każdym razie w mojej (dlaczego w mojej?) części kadłuba zaczęła się gromadzić woda morska, a cały rower wraz ze zjeżdżalnią i wszystkim co tam w nim jeszcze było przechylił się na moją stronę. W związku z tym, żeby wypedałować nam życie, musiałem od tego momentu pokonywać opór wody niejako w dwójnasób – opór otchłani pod kilem roweru i opór wiadra, w którym utonęły moje stopy wraz z sandałami.

Wydaje mi się, że to wtedy zacząłem wzywać pomocy. Machałem jedną ręką, potem obiema, krzyczałem do przepływających w bezpiecznej odległości domów z basenami
i salami kinowymi, machałem do jachtów wielomasztowych i jednomasztowych, machałem do łódek i pontonów. Reakcja była zawsze taka sama. Oni machali do mnie,
a Magda z pobłażaniem spoglądała w moim kierunku z wysokości balkonu na pierwszym piętrze, ponieważ tak bardzo jak ja już utonąłem, a ona wzniosła się ku górze.

Bodaj w czwartej godzinie finiszu ostatniej prostej hydrosytuacja uległa nagłej zmianie.
Do plaży i punktu zwrotu rowerów wodnych dopłynęliśmy w siódmej godzinie wypożyczenia. Pan z kilkudniowym zarostem był bardzo zadowolony, że tak długo nas nie było, Magda była bardzo zadowolona z udanej wycieczki, a ja byłem bardzo zadowolony, że przeżyliśmy. Nigdy więcej nie wsiadłem na rower wodny, nawet na gliniance.
Moja żona jest zodiakalną Rybą.

tekst: Igor Brejdygant
foto: Aga Silska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *